środa, 9 kwietnia 2014

Fenkuł, jajka, wołowina




Co za dzień! W nocy, potajemnie brzozy za oknem pokryły się aurą soczystej, niezwykłej zieleni, tak delikatną i ulotną, że widać przez nią struktury gałęzi.

Strasznie chciałam przyrządzić kolejną pozycję z mojej listy wiosennych potraw do spróbowania: jajeczne wstążki z bresaolą, koprem włoskim i radicchio. Pojechałam więc do sklepu, który był w te składniki zaopatrzony ostatnio..niestety bresaola się skończyła. I nie było jej także w kolejnych 4 sklepach, które odwiedziłam zataczając przemyślaną pętlę wokół miasta. Zmęczona tym polowaniem i poirytowana podjechałam do Dużej Hurtowni, gdzie kupiłam sezonowaną, niemiecką szynkę wołową i koper włoski. Zgarnęłam jeszcze świeże zioła, mimo że w hali sklepowej wydawały mi się pachnieć nijako.

W aucie było bardzo gorąco, słońce na zewnątrz chyba pierwszy raz tej wiosny grzało tak mocno.

Otworzyłam okna i wtedy pojawiło się to wspomnienie.

Sklepowe zioła uaktywniły się w kontakcie ze świeżym powietrzem, ich woń połączyła się z zapachem górniczej dzielnicy i aromatem przyrody, budzącej się w parkach, na skwerach i na podwórkach. Ta mieszanka uaktywniła w mojej głowie niesamowitą kawalkadę wspomnień: wczesna wiosna, pradziadkowie i ich mały dom niedaleko kopalni, podwórko z kurami i jednym zawadiackim kogutem, czarne klepisko ziemi i pokruszonego węgla, z kępkami wschodzącej trawy. Zapachy: młodego rumianku i mięty, wilgoci i próchniejącego drewna, zmurszałych, ceglanych murów. Zapach tęsknoty za dzieciństwem. Beztroskim gonieniem kur. Potajemne wylewanie (dorośli mówili: marnowanie) wody z podwórkowej pompy, wytyczanie patykiem koryt małych rzeczek w dół placu, do płotu i niżej, poprzez krótką, szorstką trawę, śledzenie biegu tych rzek, aż do ujścia na samym dole, w wielkiej kałuży, pośród suchego pyłu nieutwardzonej drogi. Każde źdźbło trawy zanurzone w tej rwącej rzece było ogromną wierzbą, każde suchy patyczek, płynący nią, był tratwą zmierzającą do morza.

Przypomniała mi się kuchnia mojej prababci, słodka kapusta duszona z jabłkami i pieczeń z listkiem z aluminiowego "gorczka". I herbata z dzikiej róży, parzona w szklanym dzbanku z ekspresu przelewowego, mocno słodka, z dwoma, trzema zmacerowanymi połówkami cytryny. Przypomniałam sobie nawet to, co było clou tej babcinej herbaty: te cytryny nie były obrane nożem, prababcia obierała je palcami, tak jak się obiera pomarańcze. I to było dla mnie niezwykłe.

Nie mogę się doczekać, kiedy znowu jakiś tajemna kombinacja zapachów, barw, dźwięków i pór uaktywni we mnie kolejne takie cudowne wspomnienie.





Wracając do sałaty, która była przyczynkiem całego tego zamieszania. Jest dla mnie doskonałą ilustracją tego wczorajszego dnia: bardzo zmysłowa i aromatyczna. Zastąpiłam bresaolę sezonowaną, wołową szynką. Chrupiący fenkuł wprowadza orzeźwiającą, cytrynowa nutę. Oliwa truflowa - jako mały akcent, dosłownie kilka kropli. Kompozycja na pewno do powtórzenia, myślę, że może nawet na wielkanocne śniadanie jako alternatywna forma podania jajek.

Bresaola z wstążkami jajecznymi, koprem włoskim i radicchio*

 Przepis na 4-5 porcji
  • 1 bulwa kopru włoskiego
  • 4 duże jajka eko
  • sól morska
  • świeżo zmielony, czarny pieprz
  • oliwa
  • główka sałaty radicchio umytej i porwanej
  • 2 garści umytej i osuszonej rukoli
  • 14-16 plasterków bresaoli
  • oliwa extra virgin
  • 1 garść świeżo startego parmezanu + wiórki do przybrania
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka oliwy truflowej (po kilka kropli na porcję)
oraz:
miska z lodowatą wodą, durszlak, patelnia teflonowa, folia aluminiowa


Koper umyć, odciąć zielone pędy i zachować drobne listeczki do przybrania. Bulwę ściąć obieraczką lub na mandolinie na bardzo cienkie plasterki. Wrzucić do miski z lodowatą wodą na krótka chwilę - dzięki temu fenkuł będzie chrupiący, jednak nie wolno go trzymać w wodzie za długo aby nie stracił smaku. Odcedzić, osuszyć i odłożyć.

Jajka ubić z odrobiną soli i pieprzu, rozrzedzić masę odrobiną wody (dałam około 1 1/2 łyżki). Rozgrzać patelnię, wlać i rozgrzać olej i wylać na patelnię pierwszy omlet, rozprowadzając jajka cienką warstwą na całej patelni. Omlety mają być bardzo cieniutkie, niemal jak bibułka, jednak ten pierwszy, tak jak w przypadku smażenia naleśników, może być trochę grubszy i niezbyt elastyczny. Do kolejnych omletów nie dolewałam już oliwy na patelnię, wychodziły mi bardzo cienkie i bez problemu zdejmowałam je z patelni. Każdy omlet smażyłam z jednej strony, dosłownie chwilę, póki jajka się nie ścięły. Przekładałam je folią aluminiową i trzymałam w cieple.

Koper, radicchio i rukolę wrzucić do dużej miski. Każdy omlet zwinąć w rulonik i pokroić jak makaron, na wstążki (1-2 cm). Delikatnie je rozwinąć i wrzucić do miski z sałatami. Dodać starty parmezan, 4-6 łyżek oliwy (dałam 4), sok z cytryny, sól i pieprz. Delikatnie wymieszać podrzucając.
Na talerzach rozłożyć plastry bresaoli, skropić oliwą. J.Olivier sugeruje aby podawać osobno talerze z bresaolą i osobno miskę z sałatą do nakładania przez gości, ja wykończyłam danie sama, układając sałatę na szynce, dodając zachowane pędy kopru, wiórki parmezanu oraz kilka kropel oliwy truflowej na sam koniec.

* na podstawie przepisu z książki "Jamie Olivier w domu - przez gotowanie do lepszego życia", Wydawnictwo Muza, Warszawa 2009, s.36



piątek, 4 kwietnia 2014

Powrót z pęczkiem szparagów



Wracam na wiosnę.

Od kilku lat każda potrawa jaką smakuję, bądź którą przyrządzam, natrętnie przypomina mi o tym blogu, wzbudzając żal, że jej nie zapamiętam dla siebie, na później, albo dla moich dzieci.

Zimą, z tęsknoty za zielenią zdjęłam z półki książkę J.Oliviera ("W domu. Przez gotowanie do lepszego życia") i w wolnej chwili czytałam po raz któryś już te same wyświechtane strony, o uprawie szparagów, o rabarbarze i zaczęłam zaznaczać kartkami strony z przepisami, które na pewno zrobię (nawet te proste), jak tylko zazielenią się stragany, na kolory blado-wiosenne. Potem sięgnęłam po następne książki, w ruch poszły Kukbuki, zakładki w przeglądarce zaczęły mnie przytłaczać swoją ilością.

Punktem kulminacyjnym była wspaniała rozmowa z pewną Polką, mieszkającą całe życie we Włoszech, na temat dwóch włoskich ragu. Postanowiłam, że zrobię ragu Napoletana wg jej receptury.
I znowu myśl, że szkoda byłoby tego nie "zapamiętać".

Zaczynam więc od pęczka szparagów i kilku blado-zielono-białych warzyw.

Zupa-krem ze szparagów*

Przepis na 4 porcje:

  • 500g szparagów
  • oliwa
  • 1 biała cebula, posiekana
  • 1 łodyga selera naciowego, posiekana
  • 1 por, bez zielonych liści, posiekany
  • 1 litr bulionu z warzyw (bądź drobiowego)
  • sól morska i świeżo mielony czarny pieprz
  • 4-5 jaj ekologicznych
  • kilka kromek ciabatty, upieczonych w piekarniku na grzanki
  • 2-3 łyżki masła
  • oliwa extra virgin
  • opcjonalnie: ocet

Szparagi umyć, usunąć zdrewniałe końcówki. Następnie odciąć i odłożyć czubki szparagów. Pędy pokroić na kawałki.
W dużym rondlu rozgrzać oliwę i wrzucić cebulę, sele i por i podsmażać przez 8-10 minut mieszając (w razie konieczności zmniejszyć ogień tak aby warzywa były miękkie ale nie mogą się zrumienić i nabrać zbyt intensywnego smaku). Wrzucić pokrojone szparagi, wlać bulion, przykryć i gotować na małym ogniu przez 20 minut. Zdjąć z ognia i zmiksować blenderem na aksamitny krem. Bardzo uważnie przyprawić zupę niewielką ilością soli oraz świeżo mielonego czarnego pieprzu. Postawić spowrotem na wolnym ogniu, wrzucić zachowane czubki szparagów i gotować aż będą miękkie.

W międzyczasie zagotować wodę w szerokim i w miarę wysokim garnku. Wlać kilka łyżek octu - ja na 2,5 litra wody wlałam niecałe 2 łyżki. Robię jajka poszetowe po kolei, bo jest mi łatwiej i jajka nie zlepiają mi się ze sobą. Zakręcam wodę w wirek i wlewam wcześniej wbite do miseczki jajko w sam środek wiru. Woda powinna być "ledwo" wrząca, nie może mocno wrzeć. W przypadku przygotowania większej ilości jajek nie powinno się robić wirka tylko wrzucać je w odstępach na stojącą wodę. Po 2-3 minutach jajko jest gotowe, można je odsączyć, ale ja wrzuciłam je wg przepisu do miseczki i pozwoliłam aby kilka wiórków masła rozpuściło się na nim.
Wlewać zupę do miseczek, do każdej miseczki włożyć grzankę, na niej położyć jajko, naciąć je aby żółtko wypłynęło, przyprawić je delikatnie solą i pieprzem a całość skropić oliwą extra virgin.

* na podstawie przepisu z książki "Jamie Olivier w domu - przez gotowanie do lepszego życia", Wydawnictwo Muza, Warszawa 2009, s.22




wtorek, 30 grudnia 2008

Keks poświąteczny


Kuchenna szafka pęka w szwach. Bakalie nęcące swoją słodyczą i zasuszonym pod skórką słońcem, orzechy laskowe i włoskie smakowicie grzechoczące w tekturowych pudełkach, wanilia zatopiona w słoju z cukrem - przez najbliższe tygodnie chyba nadal nie wyjdę z kuchni!
W tym roku kompletnie przeliczyłam się z czasem i zrobiłam zakupy przedświąteczne zupełnie nieadekwatne do czasu, jakim dysponuję. W sumie to mogę to usprawiedliwić jedynie tym, że w kwestii bycia mamą ciągle się uczę i tak naprawdę ciągle robię jakieś błędy.
Keks, w którego w tym roku napakowałam niemożliwą ilość bakalii, wyszedł wspaniale (dzięki wspaniałemu przepisowi tak naprawdę). Kiedy się piekł ja co chwilę do niego zaglądałam przez przypaloną szybkę mojego starego, gazowego piecyka, obawiając się tego, iż jednak przesadziłam z ilością bakalii i ciasto nie uniesie takowego ciężaru. Ciasto poradziło sobie świetnie. Co więcej, zawinięte w folię i odłożone na półkę jest jeszcze lepsze po tygodniu - przesiąknięte aromatem bakalii, esencjonalne i ciężkie.
Ja za rok nie popełnię takiego błędu i upiekę keksy w liczbie nie dwóch a raczej czterech, i nie dzień przed Wigilią a tydzień przed, aby ciasto mogło spokojnie dojrzeć.

Na zdjęciu ciasto krojone, kiedy było jeszcze świeże.
Po tygodniu keks ma cudowną, zwartą i esencjonalną strukturę...mmm!



Keks

oryginalny przepis pochodzi stąd

3/4 szklanki wody
1 1/3 szklanki cukru
2 torebki cukru waniliowego (dodałam cukier z wanilią)
1 kostka margaryny
2 1/2 - 3 szklanki mąki
2 łyżeczki proszku do pieczenia
4 jajka
bakalie (dodałam figi, morele,śliwki, orzechy laskowe i włoskie, rodzynki, skórkę pomarańczową, suszone żurawiny, kilka pokrojonych daktyli)

Wodę zagotowałam z cukrem i cukrem waniliowym, póki się nie rozpuściły. Do gorącego syropu dodałam margarynę i pozwoliłam jej także się rozpuścić.Po ostygnięciu tej mieszaniny wsypałam mąkę, dodałam żółtka i proszek do pieczenia. Dokładnie wymieszałam. Bakalie pokroiłam i obtoczyłam w mące ziemniaczanej, wsypałam do ciasta i wymieszałam. Białka dobrze ubiłam i delikatnie wymieszałam łyżką z ciastem.
Gotowe ciasto nakładałam do 2 keksówek wysmarowanych masłem i wysypanych bułką.
Piekłam 1 godzinę w piekarniku nagrzanym do 170-180 st. Celsjusza.

Po upieczeniu ostudziłam ciasto, obsypałam cukrem pudrem i zawinęłam w folię. Najlepiej smakują kawałki, które przetrwały tydzień. Dłużej leżakowanego keksu w tym roku już raczej nie będziemy mieć okazji degustować :)

sobota, 27 grudnia 2008

Kapusta i groch


W naszej rodzinie tak się już utarło, że większość wigilijnych potraw rezerwujemy tylko i wyłącznie na czas świąt.
Jedną z tych potraw jest kapusta z grochem i grzybami, i chociaż składniki są ogólnodostępne przez dłuższy okres w roku to tradycja jakoś powstrzymuje nas od nadmiernego eksploatowania tej pysznej potrawy.
Ja lubię kapustę miękką, groch ugotowany już do miękkości ale jeszcze nie rozpadający się, a grzyby drobno posiekane. Jadałam już wigilijne kolacje w kilku domach i wiem, że kapusty z grochem i grzybami jest tyle ile rodzinnych tradycji, dlatego uważam, że to jest najpiękniejsze w świątecznym gotowaniu - odtwarzanie potraw według wszystkich szczegółów, konsystencji, rozdrobnienia, miękkości, tak jakby się chciało odtworzyć smaki rodzinnego domu, dzieciństwa i babcinej kuchni. Zawsze wtedy dochodzę do wniosku, że jednak jedzenie jest właśnie takie: nierozerwalnie związane z naszymi najcieplejszymi wspomnieniami, młodością i miłością.
Dzisiaj podaję przepis na wersję wigilijnej kapusty wg mojej Mamy.

Kapusta z grochem i grzybami

• 1 kg kapusty kiszonej
wypłukać, odcedzić, pokroić i przełożywszy do dużego garnka ugotować do miękkości.

• 1/2 kg grochu łuskanego (żółty, połówki)
zalać wodą i moczyć przez minimum 2 godziny. Następnie włożyć do garnka z grubym dnem i ugotować do miękkości, mieszając co jakiś czas i uważając aby się nie przypalił. Groch powinien być tak miękki, żeby duża część, powiedzmy połowa się rozpadała, ale aby część wciąż pozostawała w całości (ale i tak musi być bardzo miękki, bo po dodaniu do kapusty, w kontakcie z kwasem solnym groch już nie zmięknie). Wrzucić do garnka z kapustą.

• suszone grzyby
umyć, dobrze ugotować, wodę z grzybów odlać do kapusty a grzyby pokroić lub zmielić (u nas się drobno sieka lub mieli). Na te proporcje powinno się dodać 3/4 szklanki ugotowanych i pokrojonych grzybów. Grzyby dodać do kapusty i grochu.

Całość posolić, dodać świeżo mielony czarny pieprz i ćwiartkę lub połówkę kostki masła, aby kapusta nabrała aksamitnej konsystencji i dokładnie wymieszać.

czwartek, 25 grudnia 2008

Piernikowe Atelier

Kuchenna pracownia

Moje wariacje nt piernikowego aniołka

Polubienie pierników zajęło mi kilkanaście lat. Może gdybym od początku próbowała tych prawdziwych, gdybym wiedziała jak powstają to szybciej bym je polubiła.
Bo same w sobie pierniki nie należą do mojej strefy smakowej - są to ciastka ostre z natury, o bardzo wyrazistym smaku, dosyć ciężkim i bezkonkurencyjnym.
W tym roku poznałam się z piernikami pierwszy raz osobiście. Sama robiłam ciasto kilka miesięcy wcześniej - rozpuściłam miód, cukier i tłuszcz w wielkim rondlu, leniwie mieszając wpatrywałam się w złocisty płyn słuchając rozmowy męża z naszymi przyjaciółmi. Był jesienny, październikowy wieczór, w naszej brzydkiej i ciasnej kuchni unosił się wyrazisty zapach korzennych przypraw i równie ostrej dyskusji.
Kiedy wsypywałam mąkę i zagniatałam lepkie ciasto myślałam o mojej piernikowej inwestycji, która miała dojrzewać schowana w czeluściach lodówki przez kolejne tygodnie. Myślałam o tym jakie będą te święta, ta wigilia. Do tej pory wszystkie były błogosławione, Bóg pozwolił abyśmy co roku spotykali się w pełnym składzie odkąd pamiętam: ja, moja siostra, rodzice i dziadkowie od strony mamy. Dwa lata temu dołączyli do nas mój mąż ze swoją mamą ale to ten, 2008 rok był pierwszym od kilkunastu lat takim wyjątkowym, kiedy do wigilijnego stołu mogliśmy dostawić fotelik naszej malutkiej córeczki.
Jest coś wzniosłego w rzeczach skrajnych: tych pierwszych i ostatnich, szczególnie zaś w pierwszych o ile uświadomimy sobie to odpowiednio wcześniej.
Ja przywiązuję do tego ogromną wagę, trzymam głęboko w sercu te najważniejsze premiery. Dlatego tak wzruszające są te święta, pierwsze takie rodzinne bo z dzieckiem ale i pełne niedoskonałości, choćby jak ta nasza choinka, której miało w ostatniej chwili zabraknąć i której za żadne pieniądze nie dało się już u nas kupić w przeddzień wigilii. Nie zapomnę nigdy mojego męża, który w Wigilijny poranek gdzieś w pobliskiej kwiaciarni odkupił "wystawową", maleńką i przerzedzoną choineczkę, na drewnianym zgrzebnym stojaku, taką skromną i wzruszającą.
Cieszę się już tymi wspomnieniami: córeczką wpatrzoną w tą skromną choinkę, ciepłem wigilijnego wieczoru, radością z jaką pakowałam w paczuszki ozdobione pierniki, by wieczorem, po kolacji wręczyć je tym, których kocham..


Pieczenie i zdobienie pierników to praca tak wdzięczna, że moim zdaniem zasługująca na wyjątkowe miejsce w kanonie rodzinnych tradycji. Na ten moment kuchnia zamieniła się w prawdziwą pracownię rzemieślniczą i choć jestem w tej dziedzinie debiutantką to już zdąrzyłam się baardzo polubić z piernikami :)



Pierniki
przepis podany przez Silije

1 kg mąki
1/2 litra miodu
2 szklanki cukru
1 kostka smalcu
1/2 szklanki mleka
3 płaskie łyżeczki sody oczyszczonej
3 jajka
szczypta soli
1 torebka gotowej przyprawy do pierników
plus dodatkowo: imbir, cynamon, gałka muszkatołowa, kardamon, mielone goździki

Do dużego rondla włożyłam miód, cukier i tłuszcz i postawiłam na małym ogniu aby składniki się rozpuściły i utworzyły jednolitą, złocistą masę. Następnie zdjęłam z ognia i pozwoliłam aby masa ostygła. Dodałam mąkę, jajka, sodę rozpuszczoną w chłodnym mleku, szczyptę soli oraz przyprawy. Zagniotłam lepkie ciasto rękoma i przełożyłam do miski. Owinęłam folią, w której zrobiłam kilka dziurek i odstawiłam na 2 miesiące (minimum to 4 tygodnie).
Kiedy ciasto dojrzewa staje się zwarte i przestaje się tak bardzo kleić.
Przed pieczeniem wyjęłam je z lodówki, rozwałkowałam i wycinałam foremkami pierniczki, które następnie piekłam w temperaturze 180 st. przez 10-15 minut.
Po wyjęciu z pieca pozwalałam aby lekko stygły i tężały na blaszce, a następnie studziłam ostatecznie na kratce.
Część dekorowałam od razu lukrem zrobionym ze szklanki przesianego cukru pudru marki Kupiec (podaję markę, bo to jedyny cukier puder, który w postaci lukru nie odpada i nie kruszy się tak bardzo) i jednego białka. Całość ubijałam 15 minut, aby lukier był gładki i błyszczący.
Już teraz wiem, ze kolejne, przyszłoroczne pieczenie pierników, będzie świetną zabawą dla naszej całej rodziny :)

I świątecznie i od święta

W najdalszym zakątku ziemi,
w najgłębszym zakamarku serca,
w najciemniejszym dniu w roku,
w najzimniejszej porze,
w najuboższym żłobie..

.. Bóg się rodzi.

Jako chrześcijanka wierzę, że Bóg stwarza Słowem, zrodził się ze Słowa, i że jest w nim dzisiaj obecny.
Słowo, które jest jak maleńkie ziarenko, jak kropka gwiazdy na horyzoncie, jak okruch chleba. Uczę się ciągle ufać Jego słowu, ale także dbać o to co ja mówię, piszę, jak wyrażam się o innych, o mojej rodzinie, o samej sobie. Niestety nie zawsze wychodzi, ale też są sukcesy w tej dziedzinie, toteż wiem, że Słowo potrafi zmieniać rzeczywistość.
Wam, drodzy odwiedzający, życzę dobrych słów, błogosławieństw, takich małych cudów, które rodzą się od Słowa. I żeby w Waszych sercach mieszkała miłość, taka prawdziwa, niepopularna, nie-komercyjna. Miłość, która potrafi też kochać to co jest trudne, chropowate, skażone i niedoskonałe, zbyt głębokie lub za płytkie, brzydkie czy też chorowite i słabe.
Taka miłość to prawdziwy skarb, potężna warownia.

I tradycyjnie: Wesołych Świąt :)


PS.
Przez to, że ostatnio tak bardzo brakuje mi czasu, to niezmiernie się cieszę mogąc dzisiaj, w świąteczny wieczór napisać trochę tutaj, w mojej wirtualnej kuchni. Choć jest kilka potraw o których chciałabym napisać w osobnych postach, to zaczynam od tych życzeń i od podziękowań za odwiedzanie tego miejsca, które choć wygląda na opuszczone to wcale nie jest zapomniane przez właścicielkę :)
Dziękuję za życzenia świąteczne i za wyróżnienie blogowe "Uber Amazing Blog".


Zauważyłam, że wszyscy, których mogłabym wyróżnić już zostali wyróżnieni także nie będę dublować :)
Jeszcze raz dzięki!!!

niedziela, 30 listopada 2008

Chleb owsiany z nutą orientu


Po ostatnim nieudanym pieczeniu Bialysów, które wyszły pyszne ale tak blade, że moja Mama zapytała kiedy je będę piekła (one były JUż upieczone), postanowiłam odpuścić sobie. Do czasu nowej kuchni.
Na szczęście jednak skusiłam się na obietnicę korzennego, pysznego chleba, który idealnie komponuje się z miodem i szklanką mleka. Chlebek wyszedł pyszny, choć w mojej wersji, oczywiście, blady. Nie potrzebnie też rozsmarowałam przyprawy po rozwałkowanym cieście zamiast po prostu oprószyć je - w efekcie ciasto nie przerosło w miejscach zwinięcia i wyszedł taki śmieszny ślimaczek.

Przepis podaję za Agatką, która w tym tygodniu gospodarzy weekendowej piekarni i podała taki fajny przepis:

Chleb owsiany z nutą orientu
2 niewielkie bochenki

* 370ml wrzątku
* 65g płatków owsianych (zwykłe lub błyskawiczne)
* 100g sezamu
* 7g drożdży instant lub 25g świeżych drożdży piekarskich
* 60ml ciepłej wody
* 2 łyżki cukru
* 2 łyżki stopionego masła
* 2 łyżeczki soli
* 70g mąki pszennej pełnoziarnistej
* 500-550g mąki pszennej
* 2 łyżki cynamonu mielonego
* 2 łyżeczki imbiru mielonego

Do pieczenia: 2 prostokątne formy o wymiarach 20x11 cm wysmarowane tłuszczem

Płatki owsiane wsypać do dużej miski, zalać wrzątkiem, wymieszać i odstawić aż wchłoną wodę. Masło rozpuścić i wystudzić.
Sezam zrumienić na suchej patelni, wsypać do owsianki, odstawić do wystudzenia.
Świeże drożdże rozczynić ciepłą wodą, dodać cukier i odstawić na 10-15 minut (jeśli używamy drożdży instant, wymieszać je z mąką).
Do owsianki dodać masło, sól i drożdże. Dodawać obie mąki, aż powstanie sztywne ciasto. Przykryć ściereczką i dać ciastu odpocząć przez kwadrans.
Wyłożyć ciasto na oprószony mąką blat i wyrabiać, aż będzie jedwabiście gładkie (ok. 15 minut). Włożyć do lekko natłuszczonej miski, obrócić aby całe lekko pokryło się tłuszczem. Miskę przykryć i odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę (ciasto powinno podwoić objętość).
Wyjąć ciasto z miski, zbić i podzielić na dwie części. Każdą część rozwałkować na prostokąt 20x28 cm, oprószyć imbirem i cynamonem. Zwinąć wzdłuż dłuższego boku i ułożyć w blaszkach łączeniem do dołu. Odstawić w ciepłe miejsce na 1 godzinę.
Piec w piekarniku rozgrzanym do temperatury 190 stopni przez ok. 35-40 minut. Chleb będzie gotowy, kiedy stukając w bochenek będzie słychać głuchy odgłos. Wyjąć z piekarnika i studzić na kratce.